Dyskryminacja pozytywna jako mechanizm stosowany w dostępie do edukacji i w zatrudnieniu może być sprzeczna z polską Konstytucją

W ciągu ostatnich paru dni dyskryminacja pozytywna znowu zdążyła wywołać burzę w polskim internecie. Tym razem chodzi o dodatkowe punkty dla kobiet za samą płeć. Otrzymać je można w pewnym kursie programowania w województwie Świętokrzyskim. Organizatorzy przekonują, że robią tylko to, co każe im Unia Europejska finansująca przedsięwzięcie. Co na to polskie prawo?

Punkty za pochodzenie robotniczo-chłopskie to także była dyskryminacja pozytywna

Dyskryminacja pozytywna nie jest w żadnym wypadku zjawiskiem nowym. Jej znakomitym przykładem były przyznawane w okresie Polski Ludowej dodatkowe punkty przy rekrutacji na studia za pochodzenie robotniczo-chłopskie. W założeniu taka praktyka miała wyrównywać szanse w dostępie do edukacji pomiędzy młodzieżą pochodzącą z uboższych rodzin a dziećmi „inteligencji pracującej”.

Czasy się zmieniły, podobnie jak ustrój. Dyskryminacja pozytywna jak występowała, tak występuje nadal. Czym różni się od dyskryminacji nie-pozytywnej? Chciałoby się odpowiedzieć, że niczym. Podstawową różnicą, hipotetycznie rzecz ujmując, jest jednak intencja. Dyskryminacja pozytywna w teorii nie ma na celu wykluczenie kogokolwiek a jedynie poprawienie sytuacji „słabszej”, „traktowanej nierówno” grupy.

Trzeba przy tym przyznać, że jest jeden powszechnie akceptowany przypadek dyskryminacji pozytywnej. Mowa oczywiście o osobach niepełnosprawnych. Z pewnością, gdyby tego typu mechanizmy były stosowane wyłącznie w odniesieniu do osób bezdyskusyjnie pokrzywdzonych przez los, to samo zjawisko nie budziłoby kontrowersji.